3¼ dnia, ok. 1100 km trasy autem, ok. 77 l oleju napędowego, ponad 12 l oleju silnikowego, 16 km na piechotę i 1236 m przewyższenia, to podstawowe parametry opisujące naszą krótką akcję sprzed tygodnia :)

Warto już na wstępie wspomnieć, że mówimy o akcji zakończonej sukcesem, czyli zdobyciem szczytu Howerla (ukr. Говерла) 2061 m n.p.m. – najwyższego szczytu pasma Czarnohory oraz całych Beskidów i co najważniejsze najwyższego szczytu Ukrainy!

W ten oto sposób moja Korona Europy powiększyła się o kolejny (14-ty) szczyt! Przede mną jeszcze jakieś 33 szczyty… Jak dobrze pójdzie to do końca tego roku przekroczę dwudziestkę :)

A teraz pokrótce napiszę jak to było:

Dzień pierwszy

Zaraz po pracy w piątek rozpoczęliśmy manewr wyjeżdżania z Krakowa „autostradą” w kierunku na wschód. Jak się można było spodziewać staliśmy w super korku, posuwając się do przodu z prędkością max 20 km/h przez dobre 1,5-2 h. Jakby tego było mało dwóch „bardzo miłych” panów TIRowców chciało „obić mi ryja” (cytat), bo panowie wychodzili z założenia, że jak oni nie mogą wyprzedzać w miejscu gdzie robiły się dwa pasy pod górę to my też nie, a ja jednak jednego z nich wyprzedziłem. Temat na inną opowieść…
Tak czy inaczej ok. 21.00 udało nam się wreszcie dojechać do naszego miejsca noclegu, który zaplanowaliśmy jeszcze po polskiej stronie w Krościenku. Agroturystykę obsługuje bardzo miła Pani, a koszt noclegu to 30 zł. Warto skusić się, na nocleg „U Jarka” chociażby ze względu na klimat łazienko-toalety, w której w miejscu centralnym stoi telewizor :)

Dzień drugi

Wyruszyliśmy, jak na nas to dość wcześnie bo ok. 8.00, tak że odprawę na granicy rozpoczęliśmy w okolicach 8.30. Dla wszystkich znawców i miłośników przejść granicznych Polsko-Ukraińskich muszę powiedzieć, że cała zabawa z karteczkami, pieczątkami, oglądaniem bagażnika itd. trwała wyjątkowo krótko i już po ok. 30 min legalnie jechaliśmy po słynnych na całym świecie ukraińskich szosach :)
Do Krościenka z Krakowa było ok. 250 km, a część ukraińska naszej trasy stanowiła tę „większą połowę” bo ok. 300 km. Już parędziesiąt kilometrów za granicą wjechaliśmy do miasteczka, w którym z powodu targu skierowano nas na objazd wzdłuż większości straganów, parkingów – cud, miód i malina… Po krótkich zakupach spożywczych – salami + ser + bułka pojechaliśmy dalej.

Mógłbym teraz opisywać jak wygląda jazda przez Ukrainę ale tego się nie da opisać – najlepiej wybrać się samemu i np. sprawdzić jak idą przygotowania do Euro2012 :) Po paru godzinach dojechaliśmy do Worochty, gdzie zaczęło nam auto lekko dymić! Ponieważ była to sobota i jednocześnie do mety brakowało nam tylko kilkunastu kilometrów postanowiliśmy dojechać tam gdzie planowaliśmy i martwić się naprawą dopiero w poniedziałek…

Zaraz za Worochtą trzeba skręcić w prawo i jadąc lekko pod górę, aby po kilku kilometrach osiągnąć szlaban na granicy Karpackiego Parku Narodowego. Wjazd do KPN kosztuje 15 UAH (Hrywien) ~ 7 zł od człowieka.

Dzięki tej opłacie można pojechać za szlaban i nie tłuc się dobrych kilka kilometrów brzydką, nudną i (bardzo) dziurawą drogą do punktu noclegowo-startowego o nazwie Zaroślak (ok. 1200 m n.p.m.). Tam kończy się asfalt, oczywiście jeśli można to coś nazwać asfaltem :) i mamy do dyspozycji budki z piwem i pamiątkami oraz dość duży obiekt noclegowy Zaroślak, będący oficjalnie bazą olimpijską Ukrainy.

W przewodnikach piszą, że jest brzydko i obsługa niemiła, klimat komunistyczny itd. ale chyba tak było kiedyś i obecnie trochę się pozmieniało. Za pokój z łazienką (w miarę czystą), trzema łóżkami, TV i widokiem na Howerlę trzeba zapłacić 100 UAH (z pościelą) lub 80 UAH (bez pościeli) od osoby. Jedyna wada tego miejsca to dość ograniczony dostęp do ciepłej wody, co miało się wyjaśnić dopiero później. Generalnie Pani na recepcji przy wydawaniu klucza powiedziała, że ciepła woda będzie od 20.00 i była ale…

Dzień trzeci i najważniejszy

Trasa na HowerlęZaroślaka zajmuje według przewodnika 3.00 h, a według tabliczki ok. 2.30 h, z tym że ta tabliczka jest już w głębi lasu (jakieś 10-15 min od Zaroślaka). Tak czy inaczej nam pokonanie tych 3 km i ponad 800 m w pionie zajęło ok . 2.45 h.

Szlak jest bardzo dobrze (!) wyznakowany – według klasycznej polskiej metody znakami biało-czerwono-białymi. Trasa początkowo łagodnie kluczy pod górę przez las górnoreglowy i po mniej więcej 1/3 dystansu wychodzi się w piętro kosodrzewiny. Od tego momentu widać dużo i ładnie pod warunkiem, że akurat trafimy na prześwit w chmurach…

Po drodze jest kilka dobrych miejsc do odpoczynku, z których warto skorzystać. Jedynym minusem jest to, że turyści na Ukrainie jeszcze gorzej śmiecą niż turyści w Polsce. Z drugiej strony na całej dość ruchliwej trasie trafiliśmy jedynie na dwa śmietniki w postaci dużych foliowych worków na śmieci.

Kilkanaście minut przez samym szczytem trafiamy na słupki graniczne – pozostałość po międzywojennej granicy Polsko – Czechosłowackiej. Co ciekawe będą ona nam towarzyszyć jeszcze dobry kawałek za szczytem. Tak się składa, że grań Czarnohory to tradycyjna granica w różnych okresach historycznych – Galicja/Węgry, Polska/Czechosłowacja.

Niestety nie uraczyliśmy się widokiem z samego szczytu, bo przez cały czas Howerla spowita była chmurami i szybko przemieszczającą się mgłą (widać to na niektórych zdjęciach).

Na samym szczycie mamy kilka obiektów, przy których można się sfotografować do wyboru:

  • betonowy obelisk na którym ludzie wieszają sznurki, torebki, czapki itd. oraz podpisują się kredkami, sprejem i czym popadnie…
  • metalowy krzyż (katolicki)
  • pomnik – tablica z uszkodzonym trójzębem (ukr. тризуб) – symbolem Ukrainy
  • maszt z flagą Ukrainy
  • tradycyjną tabliczkę z nazwą i wysokością oraz dodatkowymi tabliczkami kierunkowymi

My wybraliśmy wszystkie opcje poza krzyżem…

Nie byliśmy jedynymi turystami na szczycie, bo po za nami były jakieś 4 większe grupy i kilku turystów indywidualnych. Co ciekawe z plecakami i kijami oraz w dobrych butach było nie więcej niż 25% osób. Pozostała większość wybiera się na Howerlę w adidasach albo klapkach, trzymając reklamówkę z wałówką w reku :)

Niestety z góry przeprowadziliśmy łączność tylko z jednym krótkofalowcem, ale za to cała nasza trójka. Naszym korespondentem był:

  • SQ7HJI: 11.07.2010, 10:20 (UTC), UX1DZ, Victor, QTH Batrad (ukr. Батрадь), KN18FI
  • SQ9MCK: 11.07.2010, 10:22 (UTC), UX1DZ, Victor, QTH Batrad (ukr. Батрадь), KN18FI
  • SQ7UFO: 11.07.2010, 10:29 (UTC), UX1DZ, Victor, QTH Batrad (ukr. Батрадь), KN18FI

Po zabawie radiem czas było już ruszać i tutaj muszę powiedzieć, że szlaku nie ma co szukać… Na szczęście tak jak pisałem wcześniej po całej grani Czarnohory prowadzą nas stare słupki graniczne.

Ruszyliśmy żwawo w kierunku Bereskułu 1911 m n.p.m. i już po kilkuset metrach zaczęła się poprawiać widoczność. W siodle pomiędzy Howerlą na Bereskułem zrobiłem zdjęcie Howerli, które umieściłem obok ->

Wędrówka granią była dość przyjemna i nawet dość silny wiatr nie przeszkadzał za bardzo. Dopiero w okolicach szczytu Bereskuła trafiliśmy na czarną chmurę i kilka minut deszczu. Co ciekawe, my postanowiliśmy szybko przejść na drugą stronę, a spotkani po drodze Ukraińcy rozłożyli sobie wielką płachtę i zrobili w ten sposób coś na kształt wieloosobowego schronu.

Następnymi szczytami na trasie były Pożyżewska 1822 m n.p.m., Dancerz 1850 m n.p.m. i Turkuł 1932 m n.p.m. Tuż za tym ostatnim rozpoczęliśmy schodzenie z grani i po minięciu Jeziorka Niesamowitego 1750 m n.p.m. wkroczyliśmy w fragment trasy przypominający bagno. Do tego wszystkiego nagle przyszedł 15 minutowy ostry deszcz.

Od Jeziorka Niesamowitego do Zaroślaka idzie się powoli w dół ok. 2 h i co ciekawe zanim doszliśmy do finału naszej trasy zdążyliśmy wyschnąć :) Całość trasy według przewodnika powinna zająć około 9 h, nam cały spacer wraz z 30 minutową przerwą na szczycie i kilkoma mniejszymi zajął dokładnie 10 h.

W Zaroślaku jak się okazało z powodu niedzieli nie było już po 20.00 ciepłej wody ogólnodostępnej! Na szczęście na każdym piętrze dostępne są też małe łazienki z bojlerami. Jak wszystkie grzeczne dzieci – zjedliśmy coś na kształt obiadokolacji, umyliśmy się i poszliśmy spać. Chyba tylko Radek zafascynowany telewizją ukraińską coś oglądał do poduszki :)

Dzień czwarty

Wyruszyliśmy wcześnie, żeby mieć szansę na znalezienie mechanika i żeby ten ewentualny mechanik miał szansę naprawić auto. Niestety jak się okazało po dojechaniu do pierwszej większej wioski, czyli Worochty nasze szanse na mechanika spadły do zera, bo jak się okazało – akurat w tamten poniedziałek na Ukrainie było jakieś święto religijno-państowe. Mieliśmy za to przyjemność zobaczyć dużo ludzi w tradycyjnych strojach ludowych zarówno we wsiach jak i miasteczkach…

Dlatego też pomimo naszych dobrych chęci, lekko dymiąc i dolewając ok. 1 l oleju silnikowego na 30-40 km dojechaliśmy do granicy. Tutaj znów zdziwienie! Nie było żadnej kolejki i zostaliśmy dość szybko i miło obsłużeni. Jedyne opóźnienie związane było z tym, że Gosia nie miała pieczątki wjazdowej do Ukrainy ale miała ten magiczny kupon więc jakoś nas jednak wypuścili, oczywiście też bez pieczątki w Gosi paszporcie. Potem pozostało nam ostatnie 250 km jazdy do Krakowa przerywanej tłumaczeniem przez CB co nam się stało z autem i że jedziemy do Krakowa do mechanika…

Poniżej cała galeria z wyjazdu:

Zapraszam również do poczytania relacji na stronie Radka Grzegorskiego SQ7UFO oraz obejrzenia Jego zdjęć. Radek robił więcej zdjęć na trasie, bo ja z powodów oczywistych nie bardzo byłem w stanie :)

I na koniec jeszcze bonus – tekst i akordy do jednej z lepszych piosenek napisanych przez Janusza Boisse (niestety nie mam zwrotki po ukraińsku) do melodii tradycyjnej:

Czarnohora

A ja pójdę przez góry, przez góry, a d
Znów trawersem przez chmury, przez chmury. G C
Pod nogami Karpaty, Karpaty, a d
Cień przeszłości skrzydlaty, skrzydlaty. E a E a

Czarnohora z dawnych lat, a E a
Przez granice, przez marzenia, poprzez świat. C G C G C
Dzwonki owiec, Jorgi ślad C d
I wspomnienia starych chat. a E
Huculskie piosenki rozwiał wiatr. a E a

A ja pójdę przez góry, przez góry…

Błękit nieba w dole lśni,
Znów trawersem pod Turkułem będę iść.
Na Howerlę patrzy Bóg,
Gdzie są ślady naszych stóp –
Przesłania je chmura dalszych dróg.

A ja pójdę przez góry, przez góry…

Obcy język, swojska pieśń
Gdzieś do Polski połoniny będą nieść.
Pop Iwana groźny zrąb,
Temnatyka czarny ząb
Mgły września zabiorą nam je z rąk.

A ja pójdę przez góry, przez góry…

Czarnohoro śpiewaj mi,
Że w kosówce, nad jeziorem warto żyć,
Starej watry zniknie dym,
Nasze pieśni lecą z nim
To było naprawdę – wierzcie mi.

A ja pójdę przez góry, przez góry…