Zazwyczaj na mojej stronie chwalę filmy i nie piszę negatywnych recenzji. Tym razem nie mogę się jednak powstrzymać i podzielę się z Wami kilkoma uwagami na temat filmu Lincz (2010) w reżyserii i według scenariusza Krzysztofa Łukaszewicza.

Cała fabuła filmu oparta jest na wydarzeniach (dla miłośników TVN – na faktach autentycznych), które miały miejsce 1 lipca 2005 roku we Włodowie na Mazurach. Wtedy to grupa terroryzowanych, zastraszanych, a nawet bitych i ranionych mieszkańców wsi postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i w ramach „sprawiedliwości” pozbyć się raz na zawsze ich prześladowcy, wielokrotnie karanego Józefa Ciechanowicza.

W zwiastunie, który możecie zobaczyć poniżej, zachęca nas do obejrzenia filmu Sławomir Sikora – jeden z bohaterów innego tragiczne wydarzenia, które było inspiracją dla filmu Dług (1999) w reżyserii Krzysztofa Krauzego. W związku z tym jakby naturalnym wydaje się porównywanie filmu LinczDługiem, chociaż z kilku względów dodałbym jeszcze do tego zestawienia Dom zły (2009).

Niestety Lincz na tle wymienionych dwóch filmów wypada bardzo słabo. Całość wydaje się jakby była zlepkiem dość dowolnie wybranych i z dużą nonszalancją nakręconych epizodów. Aktorzy poza świetnym Wiesławem Komasą są drętwi i bardzo skupieni na swoich kwestiach, a nie na swobodnej grze, co jeszcze pogarsza cały odbiór. Do tego wszystkie obraz wypełniają nieprzeciętne dłużyzny…

Wspomniany Dług Krauzego był filmem relatywnie spokojnym, a jego istotą było budowanie od samego początku odpowiedniego nastroju! Dzięki temu widz był bardzo szybko włączany do akcji i mógł wręcz postawić się na miejscu bohaterów, zastanawiając – jak on lub ona zachowaliby się w podobnej sytacji! W Linczu nie ma studium psychologicznego, które odpowiednio przedstawiłoby ludzi osaczonych i bezsilnych. Zamiast tego widzimy swoistą listę problemów jakie sprawiał im podstarzały rozrabiaka, a nie o to powinno chodzić w tego typu kinie!

W porównaniu z Domem złym, Lincz również wypada bardzo słabo, ale tym razem z innych powodów. W tym pierwszym filmie, atmosfera narasta i gęstnieje z każdą chwilą w obu liniach czasowych. Do tego wszystkiego jesteśmy świadkami sytuacji, których nie do końca moglibyśmy się spodziewać! Elementy zaskoczenia, w zestawieniu z fantastyczną grą aktorską stały na bardzo wysokim poziomie w tym filmie. W Linczu wszystko jest oczywiste, pokazane niemal jak reportaż, a nie psychologiczny thriller i jeszcze na dodatek od pierwszych słów i pierwszych gestów, wiemy kto jest dobrym policjantem, a kto złym prokuratorem i w ogóle jakie wszystko jest bez sensu…

Tak na prawdę Lincz nie pozwala widzowi na własną ocenę sytuacji. Przecież warto zadać sobie kilka pytań, takich jak: czy można było inaczej? czy to co zrobili miszkańcy wsi było jedynym wyjściem? czy całe zachowanie policji i potem wymiaru sprawiedliwości było złe czy dobre?

Niestety na te i inne pytania dostajemy jak w amerykańskim kinie szybkie i proste odpowiedzi, które nie pozostawiają zbyt dużego marginesu na odmienną od reżyserskiej i ogólnie przyjętej interpretacji…

Moja ocena tym razem będzie bardzo ostra ale wynika ona głównie z tego, że bardzo się zawiodłem – daję 3/10!

Cały czas sobie też myślę, jak mógłby wyglądać ten filmy gdyby reżyserował go Władysław Pasikowski, a za zdjęcia odpowiedzialny byłby Paweł Edelman?