Mało być coś o Rumunii więc oto piszę…
Po pierwsze postanowiłem, wprowadzić na mojej stronie nowy dział, w którym będę spisywał porady dotyczące odwiedzanych krajów – ale to dopiero po powrocie.

Ale do rzeczy…
Do Rumunii wjechaliśmy od strony Węgier (od Debreczyna) i na pierwszy nocleg wybraliśmy miasto Oradea. Tam przenocowaliśmy się w całkiem miłym schronisku IYHF ulokowanym w internacie szkolnym. Zaraz po rozpakowaniu wybraliśmy się na miasto aby coś zjeść i napić się rumuńskiego piwa. I co się okazało? Nigdzie nie chciano nam sprzedać już jedzenia (bo było po 24), a potem również piwa :( Na koniec powiedziano nam, że jest takie miejsce o nazwie Black Eagle, gdzie można napić się piwa. Oczywiście wybraliśmy się tam ale niestety to co zastaliśmy nie pasuje do przynajmniej moich standardów. Była to alejka z parunastoma bardzo głośnymi klubami, fastfoodami i niezliczoną rzeszą młodzieży rumuńskiej. Tak czy inaczej dostaliśmy wreszcie piwo ale nie rumuńskie, bo tutaj króluje piwo duńskie! Mieliśmy też okazję zapoznać się aktualną modą rumuńską zarówno męską jak i damską. W skrócie: masakra (dla Radka) – dobrze, że przy takich opakowaniach chociaż to co w środku było niezłe :P

Z Oradei pojechaliśmy do miasta Cluj i po zwiedzeniu kilku pomniejszych miejscowości dotarliśmy na nocleg do miasteczka Victoria u podnóża Fogaraszy. Należy dodać, że udało nam się tam trafić bez Automapy.

Viktoria to kilkunasto(kilkudziesięcio)tysięczne miasteczko wybudowane po wojnie dla ludzi pracujących w kombinacie chemicznym. Wygląda to trochę jak Nowa Huta, tylko że bez Krakowa obok :P.

/MZ/ W Viktorii tubylcy wskazali nam miejsce, które nazwane mogło być campingiem (prócz nas była cała jedna przyczepa kempingowa). Dodatkowym atutem odnalezionego po bojach miejsca był basen z bardzo ciepłą wodą, niestety takiej wody nie było pod prysznicami. Zatem zamiast prysznica wzięliśmy ciepłą kąpiel w basenie przy blasku księżyca. /MZ/

Oczywiście w basenie teoretycznie nie można było pływać ale Pan Ochroniarz powiedział, że możemy ale „po cichu”.

Rano obudził nas jakiś człowiek z obsługi z informacją, że nie możemy stać tam gdzie staliśmy bo miejsce dla aut jest gdzie indziej… Chwilę nam zabrało wytłumaczenie, że nasze auto to kamper i my w nim śpimy…

Po porannych oblucjach postanowiliśmy coś zjeść ale niestety odmówiono nam bo „jest remanent i będzie otwarte za 3-4 h” – ostatecznie poszliśmy do sklepu spożywczego, gdzie „żena za pultą” wydała nam jak w dawnych czasach resztę w zapałkach :).
I po tych zakupach nastąpił najlepszy moment poranka – próby zapłacenia za nocleg i wytłumaczenia, że chcemy zostawić na noc sam samochód. Pani od pewnego momentu chyba stwierdziła, że skoro jej nie rozumiemy to nie będzie mówić głośno i ostatecznie tłumaczyła nam ruszając jedynie ustami – oczywiście po Rumuńsku :). Z pomocą kilku osób ostatecznie udało nam się dogadać i zapłaciliśmy tylko 35 RON za nasze biwakowanie i 10 RON za parking (1 RON ~ 1 PLN).

Po posiłku wreszcie wyszliśmy w góry, które niestety były przykryte chmurami, więc bez rewelacyjnych widoków. Upał, ciągłe podchodzenie, bez nawet kilkuset metrów po płaskim pozwoliły mojej skromnej osobie wejść jedynie na ok. 1500 m n.p.m., gdzie postanowiłem zawrócić i spróbować zdobywać Dach Rumunii w innym terminie. Gosia postanowiła zejść ze mną, a Rafał na twardziela poszedł dalej (pewnie opisze tę wyprawę na swojej stronie).
Dodam tylko, że trasa jest dość dobrze oznakowana, oczywiście nie tak jak szlaki w Górach Stołowych albo na Morskie Oko :) ale i tak rozsądnie…

Po powrocie do Viktorii musieliśmy jeszcze raz tłumaczyć Pani, że po pierwsze zostajemy na noc, a po drugie będzie nas dwoje – znów masakra! Nie zapomnieliśmy też powiedzieć o ciepłej wodzie, co znów spotkało się z brakiem zrozumienia :P

/MZ/ Jeśli chodzi o prysznic to brak ciepłej wody nie był jego jedynym mankamentem. Gdy wpuszczano nas na camping Pan ochroniarz skierował nas na miejsce tuż przy „części sanitarnej” zatem mogliśmy usłyszeć każdą kapiącą kropelkę spod prysznica, a kropelek tych było wiele… Zepsuł się jeden z 4 pryszniców i cały czas leciała z niego woda – sami nawet próbowaliśmy coś na to zaradzić jednak nasze wysiłki spełzły na niczym. Pan który „naprawiał” ciepłą wodę (według mnie po prostu ją włączył bo wcześniej pewnie zapomnieli) nie zareagował na to że marnuje się cała masa wody lecącej bez żadnego powodu z prysznica. Co więcej po naprawieniu wody tryumfalnie zakomunikował nam iż ciepła już jest i jak się okazało odkręcił drugi prysznic oraz kran w umywalce i tak zostawił, w końcu co to dla nich gdy dzieci w Somalii umierają z pragnienia…/MZ/

Resztę dnia spędziliśmy w uroczym towarzystwie młodzieży robotniczej Viktorii, w miejscu gdzie piwo kosztowało 2 RON – rewelacja! Wszystko dzięki wielkiemu kombinatowi!

Następny dzień upłynął na praniu i opalaniu (Gosia), czytania przewodników (ja) i dalszym marszu po górach (Rafał). Z naszym MF (Master Fogaraszy) mieliśmy kontakt radiowy, więc prawie idealnie podjechaliśmy po południu pod umówione miejsce na końcu zejścia z gór. Należy nadmienić, że dojazd do punktu pozwolił nam na pełne popodziwianie kombinatu bez i z górami w tle (będzie można zobaczyć na zdjęciach za jakiś czas).

Po spotkaniu z Rafałem wyruszyliśmy do Brasova gdzie wieczorem wybraliśmy się na nocne spacery i konsumpcję regionalnych przysmaków.

O tym co było dalej napiszemy w następnym wejściu antenowym…