Tak jak obiecałem, chociaż z lekkim opóźnieniem, dziś będzie krótki raport po wyprawie w Góry Świętokrzyskie.
Plan podstawowy został wykonany w 100%, a rozszerzony darowaliśmy sobie ze względu na… komary i muchy. Nigdy w życiu, a żyję już kilka lat, nie widziałem takiej plagi latających podłych, wrednych stworzeń!!!

Dwa z czterech dni dosłownie biegliśmy przez las, bo zatrzymanie się i bezruch trwający kilkanaście sekund powodował, że byliśmy oblepienie komarami. Ostatniego dnia ok. 22 km ciągle szliśmy szybkim krokiem, z przerwą trwającą tylko 20 min. Tak więc, jak widać po skończeniu Głównego Szlaku Świętokrzyskiego nie było sensu daje się męczyć i wróciliśmy do Krakowa.
A teraz nasza trasa w szczegółach:

Dzień 0

Ekipa w składzie Gosia, Rafał B., Rafał C. i ja wystartowała Ryjkowozem do Kielc (w gwarze lokalnej Kelc). Tam lansowaliśmy się na ul. Sienkiewicza (w gwarze lokalnej „na Sienkiewce”), pojedli, popili i dalej już BUSem dotarliśmy do Kuźniaków.
Nocleg załatwiliśmy sobie u Pani Aliny Kurdek (adres: Kuźniaki 47, tel. 41 303 87 41). Warunki bardzo dobre, ciepła woda była :), w zestawie ręczniki, woda mineralna i dostęp do kuchni. Cena za nocleg ze śniadaniem: 25 zł – polecamy!

Dzień 1

Trasa tego dnia obejmowała cześć szlaku czerwonego od Kuźniaków do Tumlina o długości ok. 27 km. Najważniejsze atrakcje pierwszego dnia to Piec w Kuźniakach, kapliczka św. Rozalii w skale (z bardzo klimatycznym obrazem) oraz rezerwaty na Górze Perzowej i na Górze Baraniej. Maszeruje się dość lekko, bez większych ekstremów, ani w dół, ani w górę. Niestety okazało się, że nocleg który rezerwowaliśmy znajdował się w Tumlinie Podgrodzie, a nie przy szlaku w Tumlinie Węgle, więc musieliśmy przejść dodatkowy kawałek drogi w bok od szlaku.
Ale nie było tak łatwo jakby mogło się wydawać…. Pomimo trzech telefonów do miejsca naszego noclegu pani prowadząca świetlicę, w której mięliśmy spać postanowiła sobie pójść do domu nie czekając na nas już o 19:15 (na tabliczce było napisane, że otwarte przez 7 dni w tygodniu, do 21:00). Po pocałowaniu klamki próbowaliśmy dodzwonić się do kierowniczki na telefon prywatny, zaangażować w całą sprawę jej ojca, ale niestety słabo to szło… Dopiero po ok. 20 min pani raczyła odebrać, po czym w takcie rozmowy wyłączyć telefon na kolejne kilka minut, aż wreszcie chyba po 40 minutach łaskawie przyjechać (podobno mieszka 3 km od świetlicy). Warunki noclegowe średnie, brak dostępu do kuchni, łazienka brudnawa i problematyczne poruszanie dla wyższych osób, obsługa do kitu. Cena za nocleg bez śniadania – 20 zł – nie polecamy!

Dzień 2

Na drugi dzień zaplanowaliśmy ambitną trasę: Tumlin Święta Katarzyna, o długości ok. 33 km. Dzień minął pod wezwaniem gubienia i odszukiwania utraconego szlaku. Ten fragment GSŚ jest chyba najgorzej oznakowany, jak to tylko możliwe, ale nie ma co się dziwić skoro jedynymi spotkanymi osobami na trasie byli grzybiarze jagodziarze (borówkarze – dla mieszkańców Małopolski i Podkarpacia). Najpierw szlak prowadzi do stacji kolejowej Tumlin Węgle, gdzie znika bezpowrotnie – chociaż może jednak powrotnie, bo odnajduje się po ok. 700 m na skrzyżowaniu drogi żelaznej i drogi bitej dla automobilów. Kiedy już nacieszyliśmy się pięknym białoczerownobiałym znaczkiem wkroczyliśmy do „Stumilowgo lasu”, czyli lasów w okolicach Tumlina i Kostomłotów. Oczywiście ze względu na komary przeszliśmy go nad wyraz szybko aby podczas schodzenia z Domaniówki (418 m n.p.m.) zobaczyć piękny widok na Masłów (w tym ogromny neogotycki kościół pw. Przemienienia Pańskiego, wybudowany w latach 1926-1937, lotnisko Aeroklubu Kieleckiego) oraz dalszą część pasma Masłowskiego (szczyty: Klonówka, Dąbrówka, Radostowa i Wymyślona). Masłów okazał się taką bogatą wsią, że poza centrum (przez które niestety nie przechodziliśmy) nie było żadnego sklepu, nie mówiąc już o jakiejś gospodzie – zapewne wszyscy jeżdżą na zakupy do Kelc do Giganta, Ałhana, Tesko albo Prawdziwego i potem lansują się na Sienkiewce. Tak czy inaczej po minięciu kilkunastu wypasionych rezydencji z psami, wysokimi płotami, fontannami i już nie wiem czym jeszcze, weszliśmy znów do lasu aby zdobyć Klonówkę (473 m n.p.m.). Tam odnaleźliśmy obok szczytu małą platformę widokową – miły akcent jak na totalny brak udogodnień turystycznych na tej trasie. Pomiędzy Klonówką, a Dąbrówką zrobiliśmy sobie piękne pamiątkowe zdjęcia przy Diabelskim Kamieniu (pomnik przyrody nieożywionej) – jak kiedyś znajdę to zrobię zestawienie mojego aktualnego zdjęcia, ze zdjęciem z tego miejsca sprzed 15 lat! Po kamykach doszliśmy do Dąbrówki, z której zejście wydaje się być najostrzejszym na całej trasie. Po krótkim odpoczynku (na drodze do Ameliówki) weszliśmy na Radostową i pomiędzy polami i łąkami na Wymyśloną, aż dotarliśmy do wsi Krajno Wymyślona :). Stąd już asfaltem pokierowaliśmy się do Świętej Katarzyny, gdzie na nocleg wybraliśmy Ośrodek Wypoczynkowy Jodełka, kiedyś Schronisko PTTK, w którym nawet kilka lat temu robiłem Wiosenny Zjazd Sekcji Studenckiej PTChem. Z racji tego, że obiekt jest dość duży po za nami byli w nim również koloniści oraz odbywało się wesele, trwające do białego rana…
My dostaliśmy od dyspozycji pokój w domku. Warunki bardzo dobre (po za zbyt krótkimi łóżkami), woda ciepła była cały czas, do dyspozycji czajnik i w zestawie ręczniki. Cena noclegu bez śniadania, a za to po długich negocjacjach – 30 zł – polecamy!

Dzień 3

Trzeci dzień był chyba najbogatszy w atrakcje turystyczne. Jeszcze przy drodze w Świętej Katarzynie można zwiedzić zespół klasztorny bernardynek, a następnie kapliczkę ze źródełkiem św. Franciszka (patrz zdjęcia). Również tego dnia spotkaliśmy turystów i to nie kilku ale całe tabuny. Jakby nie było to weekend i wycieczki wszelkiej maści dzieci i młodzieży. Na szczycie Łysicy (612 m n.p.m.) zorganizowaliśmy sobie krótką przerwę na odpoczynek i łączności. Nasz Rafał C. SQ7RCT wreszcie postanowił zacząć się odzywać przez radio :). Po Łysicy szlak poprowadził nas na Agatę (kiedyś Skałki Agaty) oraz kolejno do kapliczki św. Mikołaja (pozostającej pod opieką KTG Kosówka PTTK z Łodzi !). U stóp Łysogór w Kakoninie można zobaczyć ładnie zachowaną tradycyjną chatę świętokrzyską i napoić konie. A przerwa i popas są potrzebne bo następne kilka kilometrów obejmuje marsz szosą przy pełnym nasłonecznieniu, a potem wyścig z komarami w lesie, przepraszam – Puszczy Jodłowej, aż do Huty Szklanej. We wspomnianej wsi zatrzymują się wszystkie autokary i samochody, ponieważ od tego momentu na szczyt Świętego Krzyża można dostać się jedynie per pedes, per bicykl albo per Świętokrzyska Ciuchcia.
Tutaj pożegnaliśmy kolegę Rafała B. i ruszyliśmy dalej. Niestety na Świętym Krzyżu akurat odbywało się w kościele nabożeństwo, muzeum misyjne było zamknięte i krypta również. Dlatego też nasze zwiedzanie ograniczyło się do zewnętrza :). Ze szczytu ruszyliśmy ostro w dół do Trzcianki i w zasadzie nie zatrzymując się we wsi weszliśmy na Kobylą Górę aby ostatecznie zejść do Paprocic. Tam niestety agroturystyka była cała zajęta, więc skierowano nas do Woli Zamkowej. W gospodarstwie agroturystycznym “Pod palmami” prowadzonym przez Mariannę Gęgotek (adres: Wola Zamkowa 42, 26-025 Łagów, tel. 41 307 45 03) zostaliśmy bardzo miło przyjęci, do tego stopnia że syn Pani Marianny skoczył dla nas po piwo do sklepu. Warunki bardzo dobre, niestety ograniczona ilość ciepłej wody, pełny dostęp do dobrze wyposażonej kuchni, spokój cisza i generalnie git majonez. Cena za nocleg z kolacją i śniadaniem 35 zł – polecamy!

Dzień 4

Gołoszyce - koniec Głównego Szlaku Świętokrzyskiego
Gołoszyce – koniec Głównego Szlaku Świętokrzyskiego

Ostatniego dnia nie będę szeroko opisywał, ponieważ bardzo szybko nam on przeleciał. Weszliśmy na Górę Jelniowską, szybko spadliśmy do Przełęczy Jeleniowskiej, po czym wspięliśmy się na Szczytniak (554 m n.p.m.). W tym paśmie zaliczyliśmy jeszcze Wesołówkę (469 m n.p.m.) i Truskolaskę (448 m n.p.m.). Komary cięły tak niemiłosiernie, że tak jak pisałem we wstępie pozwoliliśmy sobie jedynie na 20 minut przerwy na drodze przecinającej pasmo między Szczytniakiem a Wesołówką. Po zejściu z pasma i wyjściu na pola zaatakowały nas, pomimo obecności dwóch kapliczek (w tym jednej poświęconej św. Hubertowi), tym razem dla odmiany roje żarłocznych much.
Ostatecznie doszliśmy do drogi Kielce – Opatów i po kilkuset metrach osiągnęliśmy przystanek PKS i tabliczki informujące o początku/końcu Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

W ten oto sposób zaliczyłem sobie GSŚ już po raz drugi, ale tym razem w przeciwnym kierunku. Poprzednie przejście miało miejsce w 2001 roku z ekipą: Ola J., Justyna S., Jacek K. i ja. Inne czasy, inne góry inni ludzie inne wszystko :).

Podsumowując, tegoroczne przejście GSŚ oceniam jako udane, a jak było – można zobaczyć na zdjęciach poniżej: