W piątek rozpisałem cały plan wyprawy do Hiszpanii. Jeśli ktoś nie czytał wpisu, to tylko przypomnę, że naszym celem było zdobycie w sobotę najwyższego szczytu Hiszpanii – Mulhacén (3479 m n.p.m.).

Dzień 1

Bez problemów przybyliśmy do Alicante i po odebraniu bagażu również bez problemów udało nam się wynająć auto. Potem wyruszyliśmy w kierunku Granady zatrzymując się na chwilę w mieście Murcia.

Jak się okazało jest to całkiem miła miejscowość, z bardzo interesującą katedrą. Niestety tutaj przeżyliśmy pierwszy szok kulturowy! W żadnej knajpce, restauracji, pizzerii etc. nie można było dostać czegokolwiek ciepłego do zjedzenia po godz. 16.00! Oczywiście muszę dodać, że zaczęliśmy rozglądać się za jedzeniem mniej więcej kilka minut po 16.00 :( Ostatecznie zaspokoiliśmy głód jakimś pseudo-jedzeniem na stacji benzynowej.

Po tej walce o przetrwanie oraz zwiedzaniu ruszyliśmy dalej i już od mniej więcej połowy drogi do Sierra Nevada lało. Kiedy dojechaliśmy do naszej docelowej miejscowości padało i wiało z przerwami, dzięki czemu aura była bardzo niezachęcająca.

Znalezienie noclegu też chwilę zajęło, pomimo tego, że prowadzący hostal wysłał nam mapkę -> do wglądu obok. Jak możecie się domyślać, poszukiwanie podobnie wyglądających budynków we mgle i deszczu nie jest najprostszym zadaniem.

Udało nam się ostatecznie dotrzeć do Hostal Le Soleil, w którym przywitał nas bardzo miły człowiek i tutaj zaskoczenie – mówiący dobrze po angielsku (niestety nie jest to standardem w Andluzji). Jak się okazało byliśmy jedynymi gośćmi w przybytku ale i tak w kranie była ciepła woda, a w pokoju zrobiło się również bardzo ciepło. Krótko mówiąc polecam to miejsce…

Wybraliśmy nocleg w Sierra Nevada z dwóch powodów. Po pierwsze chcieliśmy być jak najbliżej startu naszego szlaku oraz po drugie trochę się zaaklimatyzować – spaliśmy jakby nie było na 2350 m n.p.m.

Dodatkowo całkiem niedaleko miejsca noclegu odnaleźliśmy przyjemną knajpkę z obsługą nie rozumiejącą nawet liczebników po angielsku :)

Dzień 2

Wstaliśmy jak przystało na trudną i długą trasę dość wcześnie, bo o 5.30 i dzięki temu mniej więcej około 7 byliśmy już na starcie. Trasa na najwyższy szczyt Hiszpanii prowadzi początkowo asfaltem, który kończy się na szczycie Veleta 3396 m n.p.m. Jest to najwyżej położona w Europie droga, jednak niedostępna dla zwykłego ruchu kołowego (park narodowy).

Już na starcie (2 550 m n.p.m.) ostro wiało! Udało nam podchodzić mniej więcej godzinę w tych warunkach i w ten sposób osiągnąć wysokość 2750 m n.p.m. Na tym poziomie wiało już tak mocno, że momentami trzeba było zapierać się kijkami. Chyba pierwszy raz czułem tak silny wiatr, że mogłem się niemal „położyć na nim”. Na zdjęciu do tego wpisu trzymam się znaku, a jeden z moich kijków zwisa swobodnie – możecie zobaczyć jak ładnie go wychyla :). Radek dla odmiany próbuje stabilizować swoją pozycję kijami…

Jak można się spodziewać – ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nie damy rady podejść nawet 100 m wyżej i zeszliśmy do punktu startu.

Poniżej przebieg naszej trasy:

W ramach spędzania czasu zaliczyliśmy zwiedzanie Granady, w tym arabskiej części miasta i Alhambry (zamek/pałac z XIII w.), a także wybraliśmy się nad morze, w okolice Motril.

O tym co działo się dnia 3. napiszę zapewne w piątek…