Podobno jak się chce poruszyć jakiś temat i jednocześnie zainteresować tym szerszą publikę to powinno się go powiązać z Polską ale jeszcze lepiej z tzw. „sprawą polską”.

Dziś postanowiłem napisać kilka słów o DRM, czyli o Digital Rights Management (po naszemu: cyfrowe zarządzanie prawami) i zobaczyć czy ma to związek z naszym krajem i tą legendarną „sprawą” :)

O co chodzi i czym jest DRM?

Generalnie Digital Rights Management jest systemem zabezpieczającym przed wykorzystaniem jakiś danych w formie elektronicznej w sposób niezgodny z życzeniem wydawcy lub autora. Dotyczy to płyt CD, DVD, Blue-ray, różnego rodzajów ebooków itd. Tak na prawdę sprawa rozbija się tradycyjnie o problem praw autorskich oraz tzw. ochrony własności intelektualnej i tego co klient może robić z zakupioną „własnością intelektualną”.

Moim zdaniem ochrona wszelkich praw jest istotna i zawsze decydując się na zakup jakiegoś towaru zgadzam się na warunki przedstawione przez sprzedawcę/wydawcę. Jeśli mi te warunki nie odpowiadają, to po prostu nie kupuję towaru! Mamy (a w zasadzie chcielibyśmy mieć ale to temat na inne rozważania) wolny rynek i podobnie z wolnym wyborem, więc powinniśmy przy każdym zakupie zapoznawać się z licencją, a potem podjąć odpowiednią decyzję.

Każdą umowę kupna-sprzedaży, należy respektować choćby była najdurniejsza, oczywiście w granicach prawa. Każdy jednak może wyrazić swoją opinię na temat proponowanych form i to właśnie czynię.

Żeby nie rozwodzić się jakoś specjalnie teoretycznie, cały bezsens stosowania DRM z punktu widzenia czytelnika przedstawię na poniższym przykładzie.

Jakiś czas temu kupiłem sobie książkę, a konkretnie był to przewodnik. Kupiłem ją on-line w formacie PDF i niestety nie zwróciłem uwagi (tak, wiem moja wina) na to, że plik ma zabezpieczenie DRM. Zastanówmy się teraz, co mogę zrobić z takim PDFem:

  • poczytać na komputerzeTAK ale tylko jeśli zainstaluję dedykowany program Adobe Digital Editions
  • poczytać na innym komputerzeTAK ale tylko jeśli utworzę sobie Adobe ID i zainstaluję ADE
  • poczytać na KindleNIE ma możliwości, bo ta platforma nie obsługuje PDF DRM
  • poczytać na papierzeNIE, bo mam prawo wydrukować jedynie kilka stron!
  • poczytać na tablecieNIE, bo nie istnieje Adobe Digital Editions dla Androida
  • poczytać na komórce (dość istotne w terenie – przecież kupiłem przewodnik) – NIE, bo nie istnieje Adobe Digital Editions dla Androida
  • zrobić kopie zapasowąTAK, hurra to mogę zrobić bez problemu, bo plik pobrałem ze strony wydawcy ale jakby to była płyta DVD, to jak się domyślacie NIE mógłbym…
  • itd…

I to wszystko w imię ochrony interesów wydawcy lub autora. Bo przecież chyba jest to oczywiste, że każdy kto kupuje książki w postaci ebooków chwilę później umieszcza je na torrentach, chomiku czy innych RS! Trochę to chore, bo jakby nie było kupiłem sobie coś i ktoś decyduje za mnie co mogę robić z MOJĄ WŁASNOŚCIĄ. Oczywiście zgodziłem się na tę licencję, więc jej nie łamię ale mogę ponarzekać i już więcej nic nie kupować z zabezpieczeniem typu DRM. :)

Wygląda to mnie więcej tak, jakbym kupował sobie auto i mógł je odpalić jedynie w kraju, w którym je kupiłem albo jeździć tylko po drogach, które istnieją na mapach producenta!

OK i teraz finał – muszę wytłumaczyć się z tytułu…

Całkiem niedawno GW Helion uruchomiła portal z ebookami wolnymi od DRM! Projekt ten nazywa się ebookpoint.pl.To dopiero jedna z nielicznych na polskim rynku wydawniczym jaskółek ale może inni pójdą ich śladem! Największa księgarnia elektroniczna, czyli EMPIK trzyma się nadal kurczowo opcji DRM.

Jestem ciekaw Waszych opinii. Czy problem zabezpieczeń DRM, nie tylko w przypadku książek jakoś Was dotyka? Czy może wisi Wam to „dorodnym kalafiorem”, jak śpiewał kilka lat temu Kaczmarski?

PS. O temacie DRM myślałem już wielokrotnie ale przyznam szczerze, że do samego wpisu zmotywował mnie konkurs ogłoszony na blogu Wolni od DRM!