Trochę mi zeszło ale wreszcie rozpoczynam obiecany cykl o Szkocji! Nawet wczoraj w jednym z komentarzy Hołek mnie poganiał, więc poczułem się już bardzo zobowiązany :)
Na pierwszy ogień idzie St Andrews – miasto, którego nazwę stanowi imię patrona Szkocji Świętego Andrzeja.
Jak dla mnie miasto bajka! Mieszka w nim mniej niż 20 000 osób, z czego prawdopodobnie połowa to studenci, pracownicy i obsługa jednego z najstarszych uniwersytetów na wyspach i w Europie. Miasto położone jest w hrabstwie Fife na wschodnim wybrzeżu Szkocji (56°20’13” N 2°47’59” W). St Andrews jest tak usytuowane, że praktycznie nie widziałem wzburzonego morza (Morze Północne), a może po prostu myśmy tak trafili?

Dlaczego miasto tak mi się spodobało? To proste – nie ma tam praktycznie żadnego przemysłu ciężkiego, większość ludzi należy do tzw. middle class, przestępczość jest na bardzo niskim poziomie, jest czysto, cicho i spokojnie. Oczywiście nie wszystkim to odpowiada i znam takich, którzy chcieliby uciekać do wielkiego-gwarnego miasta ale dla mnie tam jest świetnie! Dodam jeszcze, że nie wiedziałem żadnych nierobów, żebraków ani innych takich, o których jeszcze pewnie napiszę przy opisie innych miejsc w Szkocji (np. Glasgow).
Co ciekawe St Andrews jest słynne w całym anglosaskim świecie ze względu na golfa! To właśnie tutaj odbywają sie jedne z najważniejszych zawodów w tej dziedzinie sportowej i to tutaj odnaleźć możemy sławne Old Course. Dla miłośników dziwnych muzeów (Krzysiu – coś dla Ciebie) można nawet pozwiedzać Muzeum Golfa, jako że w St Andrews golf jest popularnym sportem już od XV wieku.
Akurat w trakcie naszego pobytu w St Andrews odbywały się w weekend tradycyjne Highland Games. Zabawa przypomina odrobinę nasze pikniki albo tzw. odpusty, czyli dla każdego coś dobrego…

Jeśli ktoś lubi biegi na krótkie lub dłuższe dystanse również powinien być zadowolony.
Dla mnie o wiele ciekawsze było obserwowanie siłaczy ciskających i rzucających różnymi przedmiotami (chyba głównie kamieniami na sznurku). Co ciekawe, jak usłyszeliśmy z ust sędziego – jednym z lepszych zawodników był „szkot” pochodzący z „Gdańska nad Bałtykiem” :) Warto dodać, że panowie występują w tradycyjnych strojach od pasa w dół – górę stanowi jedynie podkoszulek albo podkoszulka (w zależności od regionu).
Dla dzieci i dorosłych dostępne są różnego rodzaju słodkości i muszę przyznać, że tak słodkich słodyczy jeszcze chyba nie jadłem.
Można też kupić różne różności – zazwyczaj kilka straganów sprzedaje ubrania, nakrycia głowy itp. Moje zainteresowanie wzbudziły wspaniałe kalosze z tradycyjną szkocką kratą, czyli tartanem (klanowym). Zerknijcie na zdjęcia – są urocze i aż żałuję, że nie kupiłem bo przecież ostatnio w Polsce takie kaloszki są w modzie!
Pisałem o zaspokajaniu dwóch zmysłów – wzroku i smaku ale przecież mamy jeszcze jeden ważny zmysł – słuch. Tak więc, dla miłośników tradycyjnej muzyki szkockiej występowało kilka grup grających na szkockich dudach (inne nazwy to koza, gajda, sierszenk, a po angielsku bagpipes) przy akompaniamencie instrumentów bębnowych.
Na koniec lista miejsc i obiektów, które trzeba obowiązkowo zobaczyć:
- dziedziniec University of St Andrews
- dom i ogród Rektora University of St Andrews
- Old Course – sławne pole golfowe
- St Andrews Castle – ruiny średniowiecznego zamku
- ruiny gotyckiej katedry z XII wieku (cały teren wraz z cmentarzem, widok z wieży i małe muzeum)
Tyle opowiadania – poniżej pełna galeria pokazująca St Andrews i odbywające się w nim Highland Games:






